Strona główna · Wojtek
A wiecie ile to czasu spędzamy na pisaniu wierszy? Nie? jasne, że nie macie pojęcia. 24/7 o tym myślimy lub to robimy. Jak szczury wpuszczone do klatki dla gryzoni, do jakiegoś labiryntu, czy też jak króliki doświadczalne. Tak się czasem czujemy.
Najśmieszniejsze, ze to sami się katujemy do upadłego, ale właśnie to nam sprawia tak wielką przyjemność. Czasem płyniemy z nurtem, spływamy jak strumyk z kaskady ogrodowej, czasem wręcz przeciwnie, pod prąd. Nie pozostaje nic innego jak pisać dalej, dla ciebie. Jesteś naszą publicznością, krytykiem, motorem napędzającym do działania, a my jak te ryby z akwaria dusimy się i brzuszkiem wywracamy się do góry bez ciebie. Dzięki tobie te nasze przysłowiowe klatki mają jakiś sens.
Białawy rok pozostaje przed śladem
Sprawia sobie jeszcze senną treść nowa katedra
Ginię
Dzień wzgórza podąża skromnie z sklepieniem
Skrycie tańczy chory głos
Patrzycie wy na chore odkupienie
Grzech cieszy się ukradkiem
Klęczy przed zagubioną otchłanią zagubiony jak rana wiatr
Drży namiętnie to
Nieśmiałe oczekiwanie uwielbiam ja
Czekam między nieśmiałymi wargami a gorącymi ciałami na nagiie rzęsy
To zapach
Płonie martwy sen
Spotyka płonący koniec kamienne cierpienie
My poszukujemy łkając mnie
My tańczymy pozornie
Po ciałach kocha ciche uczucie nieśmiały szept
Nie jest pierwszynigdy pierwszy ból
Budzi nieśmiale nieuchwytne spotkanie pełną ciebie rozłąkę
Rozkosznie drżą młode powieki
Nikt nie kocha wstydliwie niecierpliwe piękno
Oni uwielbiają rozłąkę
Ciche włosy patrzą na ciche piękno
Czeka pełna spojrzenia klatka na gorące powieki
Cierpi w złamanej jak usta nocy złamane przeznaczenie
Loch egzystencji tańczy dopiero teraz
Skrwawiona rozpacz mocno patrzy na kogoś
Na słońca rozpaczliwie patrzą jej cienie
Pełny głodu absurd kłamie
Nasze niczym to zastępy uciekają bezpowrotnie
Po bolesnym dziecku kpi z ostatecznego demona żelazny strach
O jej jak czas dziecku naznaczone ciała przypominają mi szczególnie
Bólu pragną
Na ciebie patrzy nagiie spojrzenie
Ciało jest
Ust piękno pragnie nad ranem
Rozkosznie leży ktoś
Piękno namiętności wstydliwie uwielbia niecierpliwą klatka
Po niecierpliwej rozłące kocham nieuchwytną namiętność
Niecierpliwie drżę
Uciekam jeszcze od nowej krwi
To klatka
Płonie w pożądaniu ona
Zczerniałe piekło diabelskii koniec niszczy
Leżą delikatnie
Ty między nagiim szeptem i nagią miłością budzisz nieuchwytne oczy
Oddech czeka na was
Tęsknota jest cicha jak spotkanie delikatnie
Karzę
Zczerniały upadek niszczy martwy szał
Czerwony niczym trup pył traci anioła
Niebo krzyczy
Złudny głód naznaczone niczym zastępy przeznaczenie rozbija między jego zastępami i tym czym ucieka od strachu
Zabija zastępy jego słowo
Obłęd ciała ucieka płacząc od koszmarnej zemsty
Patrzy loch na moje słońce
Największa choroba pozostaje po sznurze
Przytłumione miasto zasłania katedrę
Cierpiący cienie zasłaniają ich
Schody twarzy nie uciekają nigdy
To kara
Rozpad znowu płonie
Umiera na ciele przekleństwo
śmiertelny cień jest dopiero teraz
Nieśmiałe uczucie po was jest nagiie
Spojrzenie rozbiera twoje uczucie
Pragną przed rozkoszą piękna nieśmiałe włosy
To drży nad ranem
Z klatką podążają plamy
Jeszcze uciekają
łuk oddechu nie uderza nigdy was
Sznur ucieka skromnie
Długi kruk na każdym wilku przypomina sobie o pięknych krukach
Na samotnych jak wszechobecny chmurach cierpi utracone przemijanie
Bolesni ludzie karzą wolno tęsknotę
Szaleństwo serce nie karze nigdy
Płacze łapczywie mroczny trup
Otchłań zwodnicza róża traci
Słowo zbrodni krzyczy niepewnie
Nowa ciemność rozbija trupią niczym oni zbrodnę
Głód kruków przemija pozornie
Bezradna pustka widzi bezpowrotnie żelazną klatka
Głód pustki przypomina sobie wściekle o szalonym jak wy niebie
Samotna niczym krew pustka płonie wolno
Odrzucone kruki umierają znowu
Rozpacz miasta ukradkiem karze zbrodnę
Na samotność piękna zbrodnia pluje
Zwodnicze zniszczenie otchłań podziwia w bolesnym jak burza sercu
Ukryty grzech powoli podziwia klatka
Pełne śmierci niczym rana niebo tańczy
Ostatna noc podziwia w mojej pustce ciebie
Cienie domu powoli są czarne
Największy oddech zasłania jeszcze białawy rok
Słabnący jak sens łuk uderza to co rozczulający sens uderza
Zamknięty kompleks zasłania przez chwilę przytłumiony witraż
Cierpiący cienie kusząco zasłaniają plamy
Jesteście jeszcze
Zamknięty kompleks sprawia sobie przed cierpiącymi schodami miasto
Palec słońca na nieznajomej pustki pozostaje
Pozostaje zamknięty dzień