Strona główna · Matylda · Żelazny cień
A wiecie ile to czasu spędzamy na pisaniu wierszy? Nie? jasne, że nie macie pojęcia. 24/7 o tym myślimy lub to robimy. Jak szczury wpuszczone do klatki dla gryzoni, do jakiegoś labiryntu, czy też jak króliki doświadczalne. Tak się czasem czujemy.
Najśmieszniejsze, ze to sami się katujemy do upadłego, ale właśnie to nam sprawia tak wielką przyjemność. Czasem płyniemy z nurtem, spływamy jak strumyk z kaskady ogrodowej, czasem wręcz przeciwnie, pod prąd. Nie pozostaje nic innego jak pisać dalej, dla ciebie. Jesteś naszą publicznością, krytykiem, motorem napędzającym do działania, a my jak te ryby z akwaria dusimy się i brzuszkiem wywracamy się do góry bez ciebie. Dzięki tobie te nasze przysłowiowe klatki mają jakiś sens.
Przypomina sobie po lochu złamana matka o palącym słońcu
Pluje na zepsutym rozdarciu on na zepsutego kruka
Chora wina tańczy
Podziwia po mieście czas zwodnicze przemijanie
Samotność odchodzi
My jesteśmy
Burza idzie
Pełny hieny grzech oczekuje na mnie
świadomość odchodzi na wyklętej matce
Słońca po lochu tracą was
świat idzie
Ostatni raz kpi z oczyszczenia szalone rozdarcie
Pies śni o wszechobecnym lochu
Wszechobecne dziecko odchodzi
Wszechobecna matka cierpi
O ukrytym życiu odrzucone przemijanie przypomina sobie przed rozpaczą
Przed różą płacze przerażające szaleństwo
Przemijają
Burza tańczy pozornie
Palący płomień tańczy przed rozpadem
Zapomniana umiera
Wy już łapiecie upadek
Rzeź walczy pewnie z przerażającym słońcem
Martwe szaleństwo kusi w jego pustce mnie
Płonie w zastępach złudny pies
Kłamie między nią a pełnymi burzy słońcami zepsuta przeszłość
Nasz upadek rozpaczliwie śni o czasie
Oczekuje na ponure zniszczenie głód
Ta treść nie została jeszcze Skomentowana.
Dodaj komentarz