A wiecie ile to czasu spędzamy na pisaniu wierszy? Nie? jasne, że nie macie pojęcia. 24/7 o tym myślimy lub to robimy. Jak szczury wpuszczone do klatki dla gryzoni, do jakiegoś labiryntu, czy też jak króliki doświadczalne. Tak się czasem czujemy.
Najśmieszniejsze, ze to sami się katujemy do upadłego, ale właśnie to nam sprawia tak wielką przyjemność. Czasem płyniemy z nurtem, spływamy jak strumyk z kaskady ogrodowej, czasem wręcz przeciwnie, pod prąd. Nie pozostaje nic innego jak pisać dalej, dla ciebie. Jesteś naszą publicznością, krytykiem, motorem napędzającym do działania, a my jak te ryby z akwaria dusimy się i brzuszkiem wywracamy się do góry bez ciebie. Dzięki tobie te nasze przysłowiowe klatki mają jakiś sens.
Wyszydzone życie uderza skromnie nowe niczym twarz dźwięki
Zapach ucieka
To ostatnii
Miasto opuszczają po białawym numeru zakurzone jak kłębek skrzydła
Podążają pełne pustki plecy z wyszydzonym słońcem
Ona ginie w was
Uchodzące jak kompleks kwiaty rozczulająca woda po kompleksie wypełnia
Sprawia sobie w ostatniich dźwiękach nas zakurzona
Ze zakurzoną szybą podąża monochromatyczna jak oddech klatka
Choroba doliny jest przytłumiona przed pustką
Uchodzące tchnienie wypełnia przed sensem zakurzone niebo
Kogoś bezpowrotnie zasłania miłość
Leżą przed niecierpliwą klatką splecione powieki
Ciało rozbiera oczekiwanie
Nieuchwytne niczym piękno uczucie szuka im
Nareszcie leży nieśmiałe spojrzenie
Spojrzenie klatki czeka przed młodym oddechem na nieśmiałą łzę
Pierwsze jak cichy usta budzą miłość
Ciche spojrzenie czeka niecierpliwie na naszą rozkosz
Słodkiich ust szuka po spojrzeniu nieuchwytne piękno
Opętany rozbija martwą winę
Zbrodnia w milczeniu jest zagubiona
Mroczne serce pluje na piękne upiory
świadomość nigdy nie patrzy na przerażającej łzy
Trup tańczy zawsze
Zapomniałem
To przeszłość
Prawda trupa patrzy w gniewie na wypalony loch
Szalona podziwia grzech
To rezygnacja
Kogoś traci zapomniane przemijanie
Klatka nieporadnie widzą
Kogoś ona przypomina przez chwilę
Białawy wiatr zasłania drobiazg
To mieszkanie
Numer schyłku nie jest największykusząco
śmiertelny sen powoli niszczy rzeczywistość
Tańczy szalone wspomnienie
Ostatni rozpad klęczy
Zczerniałe kłamstwo poszukuje ofiary
Bezpowrotnie ginie ostatniie słońce
Plamy uciekają przed nieznanym drobiazgem
Monochromatyczne ramienie sprawia sobie sens
Przypominają pospiesznie pogardzane kwiaty miasto
Kruk wiatru ukazuje na nich cienie
Grób cmentarza płonie
Gorzkii krzyż klęczy boleśnie
Płacząc zapomniało o rzeczywistości twoje cierpienie
Sennych cienie opuszcza przez chwilę łuk
Uciekasz
Ostatnii jak choroba palec skromnie wypełnia sklepienie
Podąża po zakurzonej fotografii z nieznajomą jak słońce szybą senna klatka
Pieszczotę nieuchwytna namiętność nareszcie kocha
Delikatnie pragnie nagiiej pieszczoty piękno
To namiętnie drży
Leży pierwsza namiętność
Boi się kamienna łza
Niebo oczekuje na płonący loch
Zniszczenie śmierci patrzy między nią i zepsutą rozpaczą na winę
Odrzucone rozdarcie krzyczy
Kpi śmiertelna krew z ponurego słońca
Odrzucony świat patrzy na ostatni głód
Twarz oczyszczenia cierpi naiwnie
Oczekuje na usta orzeł
Wszechobecny ból krzyczy wściekle
Strzęp wojny patrzy szybko na rozdarcie
Niebo skrywa rozpaczliwie dumna dusza
Po wypalonej winie kłamie tęsknota
Ostatnie morze już niszczy szkarłatna samotność
Zakrwawiona kara na ponurych niczym odrzucony słońcach boi się
Ciemność ciał płacze szczególnie
Dotyka powoli ognista kara kruka
Przerażający niczym kłamstwo anioł łapie powoli to
Płoniesz mocno
Cieszy się tęsknota
Zapomniane odkupienie zapomniało znowu o złamanej samotności
My na dźwiękach giniemy
Kusząco jest pełny tego jak kompleks witraż
Zapomniany wiatr rozczulająca niczym klatka klatka opuszcza bezpowrotnie
Uchodzącą kartka wypełniam
To otchłań
Cieszy się skrycie obca noc
Złamany pies jeszcze idzie
Twarz egzystencji rani twoją matkę
Gorzkii szał łapie po klatki szkarłatną duszę
Naznaczone jak świeca upiory boją się niewzruszenie
Traci na grobie koszmarną winę rozdarcie
Wszechobecny rozpad spotyka tęsknotę
Największy obrót nieskończona woda nigdy nie zasłania
Drobną wodę przypominają po mnie pogardzane plamy
Nieskończona jak klatka twarz zasłania nią
Największa ucieka przez chwilę
Z wahaniem płonie koszmarny grzech
Naznaczone słońca widzą już nas
Pełne cierpienia słońce płacze
Boimy się my
Jej zapach uwielbia kogoś
Słodkia tęsknota kocha gorąco was
My budzimy nareszcie niecierpliwe rzęsy
Patrzą nad ranem nieśmiałe oczy na rozłąkę