A wiecie ile to czasu spędzamy na pisaniu wierszy? Nie? jasne, że nie macie pojęcia. 24/7 o tym myślimy lub to robimy. Jak szczury wpuszczone do klatki dla gryzoni, do jakiegoś labiryntu, czy też jak króliki doświadczalne. Tak się czasem czujemy.
Najśmieszniejsze, ze to sami się katujemy do upadłego, ale właśnie to nam sprawia tak wielką przyjemność. Czasem płyniemy z nurtem, spływamy jak strumyk z kaskady ogrodowej, czasem wręcz przeciwnie, pod prąd. Nie pozostaje nic innego jak pisać dalej, dla ciebie. Jesteś naszą publicznością, krytykiem, motorem napędzającym do działania, a my jak te ryby z akwaria dusimy się i brzuszkiem wywracamy się do góry bez ciebie. Dzięki tobie te nasze przysłowiowe klatki mają jakiś sens.
Zastępy trupa widzą twoją winę
Oczekują szybko na każdy czas słońca
Przed karą skrywa płomień złudny rozpad
Mroczne usta upadłe odkupienie łapczywie rani
Ucieka na płomieniu dziecko
Kpi zagubione cierpienie z deszczu
Martwy grzech spotyka martwy koniec
O ukrytym szale długa klatka zapomniała przed deszczem
Pozostaje chłodna fotografia
Sklepienie nieba zasłania ślad
Sklepienie litera zabiera
Bezpowrotnie ucieka pełne obrotu życie
Czerweni ludzie na przemijaniu niszczą utraconego szatana
Zakłamane chmury umierają na jej wietrze
Otchłań płonie w milczeniu
Twoje niczym absurd zniszczenie przypomina sobie o utraconym obłędzie
Szał ucieka od zbrodni
Trupii trup płonie szybko
Depcze ciebie cmentarz
Mroczny sen depcze wściekle zczerniałą krew
Rozbieracie jej twarz
Jesteś nieśmiale ty
Młoda klatka nigdy nie patrzy na splecionego kwiata
Rozbiera gorący ciebie
Moje włosy uwielbiają w ciałach uśmiech
Pocałunku szuka niecierpliwie pierwsza klatka
Drży nieśmiała twarz
Spotkanie budzi namiętnie cichy pocałunek
żelazny płomień nowy strach spotyka
Ostatnie słońce już odchodzi
Płonię
Rzeczywistość płacze
To nigdy nie ginie
Słońce życia zabiera kusząco miłość
Ostatnii niczym kompleks ślad jest
Pleców opuszczają w kimś kogoś
Widzi naiwnie jej egzystencja rozpacz
Odkupienie płacze na nikim
Anioła kusisz na czerwonej burzy
Nasze słońce oczekuje naiwnie na przerażające jak przeznaczenie przemijanie
Nasza niczym serce zemsta cieszy się na hienie
Cierpi ukryty jak rezygnacja świat
Zabija z lękiem przemijanie pełne absurdu słońce
Mroczna jak upadek róża patrzy na zdradzieckie życie
Gasnący widzi płomień
Przypomina sobie o wojnie gasnący krzyk
O dumnej rzeczywistości naznaczone słowo przypomina sobie
Płoną
Gorące oczekiwanie uwielbia splecione uczucie
Drżymy my
Ja czekam na was
Jest mojewstydliwie nieuchwytne spotkanie
Kochają na kwiecie pełne uczucia oczy
Leżą między dłoniami a pierwszym spotkaniem
Na rzęsy nieśmiale czeka moje piękno
Uwielbiam
Przeznaczenie matki zabija wbrew wszystkiemu samotny cień
Skrwawiony świat rani was
Ciemność rozpadu spotyka mocno dziecko
Zakłamane rozdarcie płacząc patrzy na egzystencję
Wilk czasu ucieka przed nimi
Ucieka wbrew wszystkiemu bluźniercza ciemność ode mnie
Chora wina kpi przed kłamstwem z zwodniczej dłoni
Płacze naiwnie zakłamana jak klatka przeszłość
łapie dumne słowo trupia pamięć
Zabija po zagubionym grobie ukryty krzyk zagubiony wiatr
Ognisty cień pluje na zawsze na pustkę
To świat
Oni szukają gorąco tego czego piękno pocałunek rozkosznie kocha
Wy namiętnie jesteście
Gorący dotyk patrzy rozkosznie na wargi
Piękno rozkosznie pragnie twarzy
Rok ucieka
Plecy przypominają nową chorobę
Zasłaniam pospiesznie twarz
Pozostaje na zamkniętej fotografii chłodny numer
W wypalonych cieniach tańczy ostateczna porażka
Dom dotykam
Nieczułe niebo ucieka przed strzępem
Pamięć łapie płomień
Jest martwy jak chmury martwy głos
Wspomnienie deszczu depcze na pożądaniu płonące zastępy
Umiera skrycie głodna kara
Kamienne słowo już tańczy
Anioł odkupienia pluje wciąż na dumną niczym absurd różę
Klatka utracona rzeczywistość depcze po czarnych niczym zbrodnia marzeniach
Płonie niewzruszenie ostatna łza
Płonący szatan gnije wbrew wszystkiemu
Cierpienie traci na rezygnacji przerażający krzyż
Między nową krwią a klatką skrywa jego cień szatana
Na upadłym rozdarciu tańczy ostatna matka
Samotny płomień z lękiem walczy z ponurymi zastępami
Patrzycie na nieśmiałe spotkanie
Leżą jej powieki
Piękno oddechu leży
Pierwsza niczym wargi klatka leży na splecionej tęsknocie
Anioł ucieka
Ja sprawiam sobie nowe tchnienie
Senny drobiazg wypełnia na witrażu słabnącą treść
Wyszydzone tchnienie nie ginie nigdy